Wpisy z tagiem: zycie

środa, 15 września 2010
Dojeżdżamy i prowizji nie bierzemy :))

Tak więc postanowione. Dopóki nie poczuję się wykończony bedę dojeżdżał.

Do pracy mam ok. 120 km. Rano :)) tzn jeszcze w nocy nie ma korków, ale drogi jak są do bani to w nocy  nie zmieniają się w autostrady tak więc spokojnie muszę wyjeżdżać 2 godziny przed pracą. Po banalnym obliczeniu jakby nie spojrzeć muszę wstawać o 3.30 - może wogóle się nie kłaść :)) Ale obiecałem - to trzeba spróbować - co prawda kiedyś dojeżdżałem do pracy ponad 40 km - ale tu odległość jest spora. Tak więc jak się zobowiązałem tak też zacząłem robic. Nie ukrywam, że skoro świt drogi są puste i można pojechać - głośno nastawiona muzyka chroniła mnie przed uśnięciem i poranna kawa - zwykła sypana nie wynalazki z ekspresu powodowały, że czułem się ok. Sama świadomość, że wrócę z pracy i będzie na mnie czekała Ania i jutro rano zobaczę jej twarz mimo, że będzie to noc podobała mi się moja decyzja. Oczywiście w tym samym czasie zacząłem się rozglądać za pracą.

Rano, gdy widziałem te zmęczone twarze, które dopiero co wstały i doszły do pracy bo mają dwieście metrów to śmiać mi się chciało bo ja wstałem 2 godziny wcześniej i byłem już całkowicie gotowy do działania. Nie ukrywam, że po kilku dniach czułem straszne zmęczenie tak ok. 11, ale dałem rady. Organizm powoli zaczął się dotosowywać do tego trybu życia.

Tak więc ogólnie nie było źle. Z synem praktycznie albo widziałem się codziennie albo dzwonił do mnie koło 14 i mówił tato to ty jedź bo ja po szkole chcę się pouczyć bo później jestem umówiony z kumplami albo coś w tym stylu. Nie było to małe dziecko tylko prawie mężczyzna, który powoli zaczął mieć swoje życie i to życie wcale nie było związane z rodzicami.

Ania była szczęśliwa, że tak się to układa i że daję rady. Praktycznie wracałem do domu ok. 17, 18 tak więc mięliśmy jeszcze trochę czasu dla siebie.

Czułem że mogę zdobyć świat i że moje życie jest najcudowniejszym życiem jakie mogłem sobie wymarzyć. Czułem, że kobieta z którą jestem jest właśnie tą, której szukałem całe życie. No i co - życie może być piękne - prawda ??

Tak - tylko byłaby to bajka :)) a to niestety bajka nie jest tylko prawda - czyli co - samo życie.

Nie chcę tutaj obrażać niczyich uczuć religijnych, ale ja myślę że ta istota u góry zwana Bogiem, Jahwe czy jeszcze inaczej musi mnie nie lubić. Jeżeli cokolwiek dostaję - zawsze musi być jakiś haczyk :)) A już myslałem, że chociaż raz dostałem coś tak z czystej dobroci. Ale oczywiście myliłem się :))

Co dalej - jutro :))

Dla potomnych : "Zawsze dotrzymujcie słowa, obiecujcie tylko to co naprawdę jesteście w stanie zrobić i pamiętajcie - nie ma kłopotów z których nie można wyjść, Wszystko co obiecujecie musi mieścić się w granicach rozsądku - a jeżeli robicie cokolwiek dla swoich bliskich nie patrzcie na siebie - nie patrzcie na to czy będziecie zmęczeni , ile was to kosztuje wysiłku bo każdy wysiłek to jest nic w porównaniu z daniem szczęścia innym, a zwłaszcza bliskim."

poniedziałek, 06 września 2010
Nowa praca - nowe wyzwanie czy pech ??

Tak, nastąpił dzień próby - przyjście do nowej pracy. Zawsze twierdziłem, że pracodawca powie i zrobi wszystko dopóki Cię nie złapie. Zobaczymy czy tak będzie. Z taką myslą udałem sie do nowego racodawcy.

Nie raziła mnie zbytnio - trochę niższa pensja, gorsze stanowisko - w końcu byłbym blisko Ani :)) Czy jakikolwiek argument mógłby przebić właśnie ten - byc blisko Ani :)

Spotkanie z nowym prezesem przebiegło w sympatycznej atmosferze. Przedstawił mi dyrektora do spraw technicznych, który miał byc moim przełożonym. Czyli nie tak źle - pomyslałem - jeden przełożony - ok. może być. Po 20 minutach rozmowy w języku angielskim, prezes chyba chcąc sprawdzić moje umiejętności przeszedł na swój ojczysty język - czyli rosyjski. Nie ukrywam, że dla mnie może nawet lepiej. Zaczął ze mną rozmawiać o rzeczach ogólnych z zycia prywatnego i ku mojemu zdziwieniu jego dyrektor, albo nie znał tego języka, albo znał bardzo słabo. Bardzo dziwnie na mnie spojrzał, gdy usłyszał, że tym językiem posługuje się bardzo biegle.

Po wyjściu od prezesa, oprowadził mnie po firmie, zadając kilka zdawkowych pytań, jakby chciał podważyć moje kompetencje. Nie przeszkadzało mi nawet że był ode mnie młodszy, ale zaniepokoił mnie styl z jakim ze mną rozmawiał. Tak jakby chciał mi powiedzieć - ja tu rządzę, a prezes to tylko tu przebywa. Nic to pomyslałem - pierwszy dzień - ja go nie znam, on mnie nie zna - będzie ok. Zaprowadził mnie do moich współpracowników. Zderzenie z rzeczywistością - 4 młodych tak ok. 27 lat ludzi i ja dinozaur jak na informatyka - ale nic to pomyslałem może być ok. Co prawda ja z tej starszej generacji nie jestem zapatrzony tak jak młodzi na komputery i lubię porozmawiać o wszystkim, o życiu , ale z nimi o czym ?? Zobaczymy.

Po oficjalnym zapoznaniu zacząłem przygotowywać swoje miejscepracy - sprawdziłem co mam do dyspozycji - jakie oprogramowanie będzie mi jeszcze potrzebne itd. Zorientowałem sie gdzie jest kawa, toaleta i tak zacząłem pierwszy dzień w innej niż dotychczas pracy. Ogólnie rozmowa z prezesem i załatwianie formalności zajęło tyle czasu, że tej pracy zostało niewiele. Ogólnie dzień był zbyt szybki, aby można było cokolwiek powiedzieć.

Jutro nastąpi takie prawdziwe zderzenie z rzeczywistością :)) Z taka myslą pojechałem do Ani po pracy.

Dla potomnych : "Jeżeli naprawdę kogoś kochacie - wierzcie mi warto ryzykować. Nawet, gdy życie spłata Wam figla nie bedziecie żałować takiej decyzji. Bo nie ma nic gorszego, niż żałować, że się nie spróbowało"